Nowy numer 43/2020 Archiwum
    Nowy numer 43/2020 Archiwum

Mój wujek, lody i topniejące serce

Dobrze, że są młodzi. Dodają skrzydeł. Dobrze, że jest muzyka. Pozwala frunąć. Dobrze, że Bóg jest miłosierny. Pozwala nam się cieszyć i świętować, mimo grzechu naszego powszedniego.

W czasie Światowych Dni Młodzieży dzieją się cuda. Starsi przestają narzekać na młodych. Zaczynają się od nich uczyć spontaniczności, umiejętności cieszenia się i głębokiej, żarliwej modlitwy. Ta fala uniesienia, która kołysze rozmodlonym tłumem, nikomu nie pozwala na obojętne żeglowanie na osobnym stateczku swoich emocji, urazów, braku miłosierdzia. Trzeba popłynąć z młodzieżą, żeby poczuć siłę, jaką daje ogromna wspólnota Kościoła katolickiego, jak powiedział mi biskup Cornelius Sim z Sułtanatu Brunei, pasterz Kościoła, liczącego zaledwie 20-tysięcy wiernych.

Do tego uczenia się od młodych od lat nakłania mnie własnym przykładem mój wujek - ksiądz Jan Szkoc. Ma 83 lata, a nie opuścił ani jednego spotkania młodych na różnych kontynentach, przekonany, że bez tego brakłoby mu siły do duszpasterzowania. A młodzi to cenią i mimo upływu lat dają mu dowody przywiązania i wdzięczności. Bo przecież istnieje nieustanna wymiana darów - obecności starych i młodych, modlących się do jednego Boga o wiarę, nadzieję, miłość, o miłosierdzie.

Już kilka miesięcy przed Światowymi Dniami Młodzieży wujek namawiał dużo młodszych od siebie do udziału w spotkaniach w Krakowie i na Jasnej Górze. Ma też taki zwyczaj, że co roku pielgrzymującym na Jasną Górę (sam wywodzi się z dawnej diecezji częstochowskiej) robi niespodzianki. Wszyscy wiedzą, że na trasie musi się pojawić ks. Szkoc z wolontariuszami, którzy w jego imieniu rozdadzą dwa tysiące słodkich bułeczek czy serków. W tym roku międzynarodowym uczestnikom Dni Młodzieży, którzy pielgrzymowali z Wrzosowej do Matki Boskiej Częstochowskiej, zawiózł cztery i pół tysiąca lodów, które sprawiły, że poczuli się jak dzieci i jeszcze bardziej stopniały im serca. 

Mój wujek już nie słyszy jak kiedyś, bo wysłuchał już tylu spowiedzi. Nie chodzi też tak szybko, ma w końcu w nogach tyle kilometrów. Ale kiedy to piszę, siedząc przy komputerze, on jest w Krakowie razem ze swoją młodzieżą. Bo przecież oni wszyscy to jest jego młodzież. A on zawsze będzie ich.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Mój wujek, lody i topniejące serce

Dobrze, że są młodzi. Dodają skrzydeł. Dobrze, że jest muzyka. Pozwala frunąć. Dobrze, że Bóg jest miłosierny. Pozwala nam się cieszyć i świętować, mimo grzechu naszego powszedniego.

W czasie Światowych Dni Młodzieży dzieją się cuda. Starsi przestają narzekać na młodych. Zaczynają się od nich uczyć spontaniczności, umiejętności cieszenia się i głębokiej, żarliwej modlitwy. Ta fala uniesienia, która kołysze rozmodlonym tłumem, nikomu nie pozwala na obojętne żeglowanie na osobnym stateczku swoich emocji, urazów, braku miłosierdzia. Trzeba popłynąć z młodzieżą, żeby poczuć siłę, jaką daje ogromna wspólnota Kościoła katolickiego, jak powiedział mi biskup Cornelius Sim z Sułtanatu Brunei, pasterz Kościoła, liczącego zaledwie 20-tysięcy wiernych.

Do tego uczenia się od młodych od lat nakłania mnie własnym przykładem mój wujek - ksiądz Jan Szkoc. Ma 83 lata, a nie opuścił ani jednego spotkania młodych na różnych kontynentach, przekonany, że bez tego brakłoby mu siły do duszpasterzowania. A młodzi to cenią i mimo upływu lat dają mu dowody przywiązania i wdzięczności. Bo przecież istnieje nieustanna wymiana darów - obecności starych i młodych, modlących się do jednego Boga o wiarę, nadzieję, miłość, o miłosierdzie.

Już kilka miesięcy przed Światowymi Dniami Młodzieży wujek namawiał dużo młodszych od siebie do udziału w spotkaniach w Krakowie i na Jasnej Górze. Ma też taki zwyczaj, że co roku pielgrzymującym na Jasną Górę (sam wywodzi się z dawnej diecezji częstochowskiej) robi niespodzianki. Wszyscy wiedzą, że na trasie musi się pojawić ks. Szkoc z wolontariuszami, którzy w jego imieniu rozdadzą dwa tysiące słodkich bułeczek czy serków. W tym roku międzynarodowym uczestnikom Dni Młodzieży, którzy pielgrzymowali z Wrzosowej do Matki Boskiej Częstochowskiej, zawiózł cztery i pół tysiąca lodów, które sprawiły, że poczuli się jak dzieci i jeszcze bardziej stopniały im serca. 

Mój wujek już nie słyszy jak kiedyś, bo wysłuchał już tylu spowiedzi. Nie chodzi też tak szybko, ma w końcu w nogach tyle kilometrów. Ale kiedy to piszę, siedząc przy komputerze, on jest w Krakowie razem ze swoją młodzieżą. Bo przecież oni wszyscy to jest jego młodzież. A on zawsze będzie ich.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się