Nowy numer 43/2020 Archiwum
    Nowy numer 43/2020 Archiwum

Portugalski Anioł Stróż

Światowe Dni Młodzieży to wielka przygoda. Każdy przeżywa ją na swój sposób. Student Politechniki Wrocławskiej Patryk Czerwiński uczestniczył w ŚDM-ach w Madrycie (2011) i Rio de Janeiro (2013). Jak je wspomina?

- Madryt to było moje pierwsze spotkanie z cyklu Światowych Dni Młodzieży. Wyjazd bardziej spontaniczny niż planowany. Grupą czteroosobową (wliczając naszego księdza kierownika) wybraliśmy się na przygodę, o której wtedy jeszcze nic nie wiedzieliśmy - rozpoczyna opowieść 23-latek.

Pierwsze wrażenie po przylocie? Gorąco jak w piekarniku. Miasto piękne, ludzie życzliwi choć bardzo leniwi i to, co najpiękniejsze czyli miliony młodzieży z różnych zakątków świata połączonych w Chrystusie.

- Mimo jakiś barier językowych czy kulturowych każdy traktował drugiego człowieka jak brata. Zdjęcia, przytulanie, wielka radość. Podczas spotkania wszystko było wspaniale wyśrodkowane. Ustalono czas na zabawę i radość płynącą ze spotkania drugiego człowieka jak i czas wyciszenia i rozmowy z Bogiem - wspomina Patryk.

Dla niego po tym wyjeździe powiedzenie "życie jak w Madrycie" jest jak najbardziej poprawne, bo doświadczył je na własnej skórze.

Jak pewnie stwierdza, właśnie dlatego jeździ na te spotkania. Żeby zobaczyć Boga w drugim człowieku, poznać kulturę naszych braci chrześcijan z różnych zakątków świata.

Nieco inny klimat zastał w 2013 roku w Rio De Janeiro, gdzie czasami musiał sobie dać radę ze spartańskimi warunkami. - Brazylijczycy to naród do rany przyłóż. I właśnie w takich chwilach trudnych i wymagających widziałem wyraźnie rękę Boga - opisuje student Automatyki i Robotyki.

Chętnie dzieli się historią, która staje się potwierdzeniem jego słów.

- Pewnego dnia na ŚDM-ach w Rio odprowadzałem ze znajomym do noclegowni nasze koleżanki Brazylijki. Zapoznane podczas Dni w Diecezjach w Belo Horizonte. Doszliśmy do wniosku, że damy radę spokojnie wrócić - wspomina 23-latek.

Było około godz. 21.  Autobusy jeżdżą w tamtym rejonie świata bez rozkładu, w wiadomych tylko dla tubylców porach, więc młodzi Polacy zdecydowali się na transport taksówką. Znali adres swojego noclegu.

- Wsiadłem z przodu i moim łamanym portugalskim spytałem kierowcę: Santa alexandria uno uno dos dos (1122) etiendo? „Etiendo” - odpowiedział i pojechaliśmy. Po jakimś czasie okolica wydała mi się nieznajoma. Fawele po drugiej stronie i ogólnie nieciekawy klimat - opowiada Patryk.

W końcu dojechali na docelową ulicę, ale numery się nie zgadzały Taksówkarz zaczął się denerwować. - A jak, jak mantrę, powtarzałem mu numer domu. Wpadliśmy na pomysł, żeby zadzwonić na numery alarmowe na naszych identyfikatorach. Niestety, ani na moim ani na Miłosza telefonie nie mieliśmy wykupionego roamingu... - mówi student.

Po chwili ujrzał za rogiem policję. Poprosił kierowcę, żeby się zatrzymał. Z funkcjonariuszem jednak nie mógł się porozumieć. Po drodze spotkali też drugi radiowóz. przejeżdżając przez dość niebezpieczne okolice.

- Gdy usiłowałem nawiązać jakikolwiek kontakt z funkcjonariuszem otrzymywałem tylko odpowiedz: „Bla bla bla, no etiendo, bla bla bla”. Załamany wróciłem do taksówki, a kierowca rozpoczął dalszą podróż w nieznane - wspomina dziś już spokojnie P. Czerwiński.

Niedługo później zauważył wolontariuszkę. Szybko wysiadł z auta. Ulga. Mówiła po angielsku. Wyciągnęła swój telefon i wybrała numery alarmowe. Okazało się, że żaden nie działał.

- Załamałem się. Wtedy mnie olśniło! „Patryk na ręce masz adres do totalnie awaryjnego miejsca!” - pomyślałem. Trafiliśmy do biura rzeczy znalezionych na plaży Ipanema. Poczułem. jakby to było biuro ludzi znalezionych (śmiech) - wspomina.

Naprzeciw zagubionym i przestraszonym Polakom wyszedł wielki ksiądz portugalski. Gdy opowiedzieli mu swoją historię, poprosił o adres i kazał innemu wolontariuszowi znaleźć go w internecie. Potem dał im pieniądze na taksówkę, bo po dwugodzinnej podróży po Rio byli finansowo "spłukani".

- Na odchodne z wielki uśmiechem rzucił, że liczy, iż miło go ugościmy na kolejnych Światowych Dniach Młodzieży. A jeszcze wtedy nikt oficjalnie nie wiedział, że będą miały miejsce w Krakowie! Uściskał nas mocno i pobłogosławił. Podróż zawierzyłem Panu Bogu. Około 1 w nocy trafiliśmy na miejsce. Myślę, że w Rio spotkaliśmy swojego portugalskiego Anioła Stróża - puentuje Patryk Czerwiński.

Czy się zniechęcił? Wręcz przeciwnie. Na końcu rozmowy odparł: - No cóż, do zobaczenia w Krakowie!

Portugalski Anioł Stróż   Patryk z poznanymi w Rio koleżankami z Libanu Archiwum Patryka Czerwińskiego

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Portugalski Anioł Stróż

Światowe Dni Młodzieży to wielka przygoda. Każdy przeżywa ją na swój sposób. Student Politechniki Wrocławskiej Patryk Czerwiński uczestniczył w ŚDM-ach w Madrycie (2011) i Rio de Janeiro (2013). Jak je wspomina?

- Madryt to było moje pierwsze spotkanie z cyklu Światowych Dni Młodzieży. Wyjazd bardziej spontaniczny niż planowany. Grupą czteroosobową (wliczając naszego księdza kierownika) wybraliśmy się na przygodę, o której wtedy jeszcze nic nie wiedzieliśmy - rozpoczyna opowieść 23-latek.

Pierwsze wrażenie po przylocie? Gorąco jak w piekarniku. Miasto piękne, ludzie życzliwi choć bardzo leniwi i to, co najpiękniejsze czyli miliony młodzieży z różnych zakątków świata połączonych w Chrystusie.

- Mimo jakiś barier językowych czy kulturowych każdy traktował drugiego człowieka jak brata. Zdjęcia, przytulanie, wielka radość. Podczas spotkania wszystko było wspaniale wyśrodkowane. Ustalono czas na zabawę i radość płynącą ze spotkania drugiego człowieka jak i czas wyciszenia i rozmowy z Bogiem - wspomina Patryk.

Dla niego po tym wyjeździe powiedzenie "życie jak w Madrycie" jest jak najbardziej poprawne, bo doświadczył je na własnej skórze.

Jak pewnie stwierdza, właśnie dlatego jeździ na te spotkania. Żeby zobaczyć Boga w drugim człowieku, poznać kulturę naszych braci chrześcijan z różnych zakątków świata.

Nieco inny klimat zastał w 2013 roku w Rio De Janeiro, gdzie czasami musiał sobie dać radę ze spartańskimi warunkami. - Brazylijczycy to naród do rany przyłóż. I właśnie w takich chwilach trudnych i wymagających widziałem wyraźnie rękę Boga - opisuje student Automatyki i Robotyki.

Chętnie dzieli się historią, która staje się potwierdzeniem jego słów.

- Pewnego dnia na ŚDM-ach w Rio odprowadzałem ze znajomym do noclegowni nasze koleżanki Brazylijki. Zapoznane podczas Dni w Diecezjach w Belo Horizonte. Doszliśmy do wniosku, że damy radę spokojnie wrócić - wspomina 23-latek.

Było około godz. 21.  Autobusy jeżdżą w tamtym rejonie świata bez rozkładu, w wiadomych tylko dla tubylców porach, więc młodzi Polacy zdecydowali się na transport taksówką. Znali adres swojego noclegu.

- Wsiadłem z przodu i moim łamanym portugalskim spytałem kierowcę: Santa alexandria uno uno dos dos (1122) etiendo? „Etiendo” - odpowiedział i pojechaliśmy. Po jakimś czasie okolica wydała mi się nieznajoma. Fawele po drugiej stronie i ogólnie nieciekawy klimat - opowiada Patryk.

W końcu dojechali na docelową ulicę, ale numery się nie zgadzały Taksówkarz zaczął się denerwować. - A jak, jak mantrę, powtarzałem mu numer domu. Wpadliśmy na pomysł, żeby zadzwonić na numery alarmowe na naszych identyfikatorach. Niestety, ani na moim ani na Miłosza telefonie nie mieliśmy wykupionego roamingu... - mówi student.

Po chwili ujrzał za rogiem policję. Poprosił kierowcę, żeby się zatrzymał. Z funkcjonariuszem jednak nie mógł się porozumieć. Po drodze spotkali też drugi radiowóz. przejeżdżając przez dość niebezpieczne okolice.

- Gdy usiłowałem nawiązać jakikolwiek kontakt z funkcjonariuszem otrzymywałem tylko odpowiedz: „Bla bla bla, no etiendo, bla bla bla”. Załamany wróciłem do taksówki, a kierowca rozpoczął dalszą podróż w nieznane - wspomina dziś już spokojnie P. Czerwiński.

Niedługo później zauważył wolontariuszkę. Szybko wysiadł z auta. Ulga. Mówiła po angielsku. Wyciągnęła swój telefon i wybrała numery alarmowe. Okazało się, że żaden nie działał.

- Załamałem się. Wtedy mnie olśniło! „Patryk na ręce masz adres do totalnie awaryjnego miejsca!” - pomyślałem. Trafiliśmy do biura rzeczy znalezionych na plaży Ipanema. Poczułem. jakby to było biuro ludzi znalezionych (śmiech) - wspomina.

Naprzeciw zagubionym i przestraszonym Polakom wyszedł wielki ksiądz portugalski. Gdy opowiedzieli mu swoją historię, poprosił o adres i kazał innemu wolontariuszowi znaleźć go w internecie. Potem dał im pieniądze na taksówkę, bo po dwugodzinnej podróży po Rio byli finansowo "spłukani".

- Na odchodne z wielki uśmiechem rzucił, że liczy, iż miło go ugościmy na kolejnych Światowych Dniach Młodzieży. A jeszcze wtedy nikt oficjalnie nie wiedział, że będą miały miejsce w Krakowie! Uściskał nas mocno i pobłogosławił. Podróż zawierzyłem Panu Bogu. Około 1 w nocy trafiliśmy na miejsce. Myślę, że w Rio spotkaliśmy swojego portugalskiego Anioła Stróża - puentuje Patryk Czerwiński.

Czy się zniechęcił? Wręcz przeciwnie. Na końcu rozmowy odparł: - No cóż, do zobaczenia w Krakowie!

Portugalski Anioł Stróż   Patryk z poznanymi w Rio koleżankami z Libanu Archiwum Patryka Czerwińskiego

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się