Nowy numer 3/2021 Archiwum
    Nowy numer 3/2021 Archiwum

Na pokojach u Kmity

Kiedy Sebastian Lubomirski ponad 400 lat temu kupował zamek w Wiśniczu, zapłacił za niego 85 tys. złotych. Na tamte czasy była to ogromna fortuna. Dziś ten sam zamek możemy mieć za grosze.

Królowa na osiołku

Z tamtymi czasami wiążą się co najmniej dwie ciekawe legendy. Z przewodnik Roksaną Ogielą wchodzimy na balkon drugiego piętra. – Ta baszta przylegająca do balkonu ma na samym szczycie półtorametrowej szerokości gzyms, bez żadnych zabezpieczeń. Otóż miała po nim jeździć na osiołku królowa Bona, kiedy gościła na zamku. Mało tego, miała też wystawiać innych na próbę odwagi, każąc im robić to samo, ale jeździć mieli już konno. Koniom miała podawać alkohol. Baszta ma wysokość 36 metrów, toteż wymuszone przejażdżki pochłonęły ponoć wiele ofiar – opowiada. Śladem tej legendy jest dziś postać królowej Bony, która codziennie o północy jeździ na ośle po tym gzymsie i straszy. – Nikt jej dotąd nie widział, ale też ukazuje się ponoć tylko złym ludziom, podobnie jak straszący o 3 nad ranem przechadzający się po komnatach duch Barbary Radziwiłłówny – uśmiecha się przewodniczka. Skąd wziął się tu duch Barbary? Legenda głosi, że tu, na Zamku Kmity, niechciana przez dwór wybranka Zygmunta Augusta miała zostać otruta. – Prawdą jest że zmarła w młodym wieku, ale jako powód śmierci podaje się dziś nowotwór. Legenda ta jednak była dawniej bardzo popularna – przyznaje R. Ogiela.

Bezbronna forteca

Rozkwit wiśnickiego zamku i jego stan obecny zawdzięczamy Stanisławowi Lubomirskiemu. – Odziedziczył zamek po swoim ojcu Sebastianie, który kupił go od Barzów. Jednak tu nie przebywał, bo wolał ulubiony swój zamek w Dobczycach – wyjaśnia Renata Jonak. W Wiśnicz zainwestował Stanisław. Jako młody człowiek poznał trochę świata, studiował za granicą, toteż kiedy miał zająć się siedzibą, sprowadził architekta Macieja Trapolę, który poprowadził nie tylko rozbudowę zamku, ale całego miasteczka. – Zamek podniósł o jedną kondygnację, dostawił 2 przybudówki, kaplicę, przyłączył pomieszczenia wojska do zamku i wszystko ujął w system obronny palazzo in fortezza, czyli pałac w środku murów, pięcioboku fortecznego z bastionami w narożnikach – tłumaczy dyrektor Jonak. Do tego wały i sucha fosa. Jak na ironię, ze świetnej jakości walorów obronnych zamek nigdy nie skorzystał. – W czasie potopu szwedzkiego załoga poddała się, przyjmując obietnicę, że nie zostanie on zniszczony. Lubomirscy wojowali wtedy w innej części Polski i nie wiedzieli, co dzieje się w Wiśniczu – wyjaśnia Roksana Ogiela. Skoro niszczyć nie mogli, to powetowali sobie to, wywożąc z zamku 150 wozów łupów wojennych.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Na pokojach u Kmity

Kiedy Sebastian Lubomirski ponad 400 lat temu kupował zamek w Wiśniczu, zapłacił za niego 85 tys. złotych. Na tamte czasy była to ogromna fortuna. Dziś ten sam zamek możemy mieć za grosze.

Królowa na osiołku

Z tamtymi czasami wiążą się co najmniej dwie ciekawe legendy. Z przewodnik Roksaną Ogielą wchodzimy na balkon drugiego piętra. – Ta baszta przylegająca do balkonu ma na samym szczycie półtorametrowej szerokości gzyms, bez żadnych zabezpieczeń. Otóż miała po nim jeździć na osiołku królowa Bona, kiedy gościła na zamku. Mało tego, miała też wystawiać innych na próbę odwagi, każąc im robić to samo, ale jeździć mieli już konno. Koniom miała podawać alkohol. Baszta ma wysokość 36 metrów, toteż wymuszone przejażdżki pochłonęły ponoć wiele ofiar – opowiada. Śladem tej legendy jest dziś postać królowej Bony, która codziennie o północy jeździ na ośle po tym gzymsie i straszy. – Nikt jej dotąd nie widział, ale też ukazuje się ponoć tylko złym ludziom, podobnie jak straszący o 3 nad ranem przechadzający się po komnatach duch Barbary Radziwiłłówny – uśmiecha się przewodniczka. Skąd wziął się tu duch Barbary? Legenda głosi, że tu, na Zamku Kmity, niechciana przez dwór wybranka Zygmunta Augusta miała zostać otruta. – Prawdą jest że zmarła w młodym wieku, ale jako powód śmierci podaje się dziś nowotwór. Legenda ta jednak była dawniej bardzo popularna – przyznaje R. Ogiela.

Bezbronna forteca

Rozkwit wiśnickiego zamku i jego stan obecny zawdzięczamy Stanisławowi Lubomirskiemu. – Odziedziczył zamek po swoim ojcu Sebastianie, który kupił go od Barzów. Jednak tu nie przebywał, bo wolał ulubiony swój zamek w Dobczycach – wyjaśnia Renata Jonak. W Wiśnicz zainwestował Stanisław. Jako młody człowiek poznał trochę świata, studiował za granicą, toteż kiedy miał zająć się siedzibą, sprowadził architekta Macieja Trapolę, który poprowadził nie tylko rozbudowę zamku, ale całego miasteczka. – Zamek podniósł o jedną kondygnację, dostawił 2 przybudówki, kaplicę, przyłączył pomieszczenia wojska do zamku i wszystko ujął w system obronny palazzo in fortezza, czyli pałac w środku murów, pięcioboku fortecznego z bastionami w narożnikach – tłumaczy dyrektor Jonak. Do tego wały i sucha fosa. Jak na ironię, ze świetnej jakości walorów obronnych zamek nigdy nie skorzystał. – W czasie potopu szwedzkiego załoga poddała się, przyjmując obietnicę, że nie zostanie on zniszczony. Lubomirscy wojowali wtedy w innej części Polski i nie wiedzieli, co dzieje się w Wiśniczu – wyjaśnia Roksana Ogiela. Skoro niszczyć nie mogli, to powetowali sobie to, wywożąc z zamku 150 wozów łupów wojennych.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się